RSS Feed

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Rozdział 6

Po spotkaniu z Vincentem on od razu wyjaśnił mi to, o czym zapomniał wcześniej. Dostałam też obiecaną mi nagrodę, choć się naprawdę zdziwiłam, bo wprawdzie jakiejś wielkiej roli w tej misji nie miałam. On powiedział mi tylko to, że skoro czuję się z tym dziwnie to niech potraktuję to jako prezent. I tak se kurde myślę, że chyba niedługo zniży się do tego poziomu, że zaprosi mnie na randkę.
A więc dostałam... willę. I to świetną. Czułam się jak jakaś królewna.
Łazienkę miałam ogromną. Z wanną z nóżkami, taką fajną, jaką zawsze lubiłam. I fajnie było, naprawdę. Sypialnia... To był jakiś cud. Łóżko z masą poduszek, wielkie, wygodne. I z daszkiem było.
No i balkon był. Z widokiem na inny dom, miej więcej takiej samej wielkości jak mój. Sam budynek nie był na jakimś odludziu, szkoda. Większość popołudnia spędziłam na spacerze.
Tego samego wieczory przypomniało mi się coś, gdy sobie spokojnie leżałam na łóżku. Jak ja uwielbiam się lenić. Tym bardziej, że to właśnie jutro Vincent ma urodziny. Przynajmniej tak mi się wydaje. A tam pozbieram mu jutro trochę ładnych piór, pewnie i tak będzie się cieszył, że coś ode mnie dostał, nie tak jak rok temu, rozpaczał miesiąc i nawet podejść do niego nie można było. Zawsze przy tym atakował wszystkich starając się przegryźć krtań. Ale to plotki, ja wtedy byłam na długiej misji, więc jak na razie to nie wiem czy to prawda. Tak więc wzięłam jeszcze długą kąpiel i starałam się zasnąć obserwując gwiazdy przez otwarty taras. Nie pamiętam kiedy zasnęłam.
Rankiem zjadłam ubogi posiłek i biorąc sakiewkę z monetami opuściłam budynek. Przemierzałam okolice zbierając pióra, kupiłam też nieco ładnych kilka, jakoś nie zależało mi, aby to podobało się Vincentowi, niech się cieszy z mojej dobroci że w ogóle coś ode mnie dostał. I tak większość czasu zmarnowałam na błądzeniu po sklepach, a w tym czasie mogłabym też dobrze porobić coś o wiele lepszego.
A potem aby odszukać jego dom błądziłam kilka godzin, aby go odnaleźć, a przy okazji kupiłam jakieś kwiaty i doczepiłam karteczkę z podpisem, aby się jeszcze bardziej ucieszył. W końcu znalazłam jego dom późnym popołudniem, przez co uradowana zapukałam szybko do drzwi i podłożyłam prezent. Szybko potem uciekłam, gdyż spodziewałam się nagłego tulenia do mych piersi i macania moich włosów. Przy okazji zauważyłam, że dom Vincenta jest bardzo podobny do mojego. I to, że mieszka dosłownie obok mnie. To ten sam dom, któremu się tam przyglądałam w moim pokoju?
Wieczorem zadowolona z siebie leniłam się jak zwykle w łóżku, gdy usłyszałam... Fiorę. Siedziała z kimś na dachu, przy okazji trzymała wściekła... prezent. Ten co dałam Vincentowi.
Pomyliłam domy.

Treść karteczki przyczepionej do prezentu:
"♥                                                                                                                                                              

   Noemi." 
  

piątek, 18 lutego 2011

Rozdział 5

-Cholera ale się nie wyspa...Co do cholery?!-takimi słowami rozpoczęłam nowy piękny dzień,oczywiscie słoneczny.Nie wiem skąd ale miałam związane ręce-Zajebiście-powiedziałam sama do siebie.Leżałam w stogu siana gdzieś na dachu jednego z domów.
-Ej ty!Mała co ty tam robisz?Złaś stamtąd!-usłyszałam głos jednego z wartowników który właśnie wybierał się na obchód.
-Taa,jasne!-wstałam i zaskoczyłam z dachu.Ale zapomniałam oczywiście że mam związane ręce.Nic poważnego mi się nie stało.Stukłam sobie tylko trochę kolono i łokieć.
-Dobra.To teraz mam pytanie:kto odwiąrze mi ten sznurek,którym mam związane ręce?-zapytałam spokojnie przechodzących obok mnie ludzi.Brak rekacji.-No pytam się spokojnie.ktoś odwiąrze?-znowu nic-Cholera jasna odwiążcie to!-krzyknęłam i poczułam jak ręce mi się osfobodziły-Grazie-odpowiedziałam i pobiegłam w głąb miasta.
Uświadomiłam sobie, że wczoraj Paola prosiła mnie o to abym wróciła wcześnie,czyli wczoraj.''No to zajebiście''.Powiedziałam do siebie w myślach.Nie tracąc czasu,wspięłam się na pobliski budynek i pobiegłam w kierunku mojego domu.Zajęło mi to 15 minutut.Za dużo.Widząc po słońcu była godzina dźiewiata rano.
Gdy znalazłam się w domu,starałam się przejść nie zauważalnie przez hol.Jak zwykle z resztą nie udało mi się.
-Fiora...!-usłyszałam głos Paoli-chcę ci uświadomić, że miałaś wrócić wczoraj wieczorem a nie dzisiaj rano.-odwrócona do niej ''zagryzłam'' wargę i z aroganckim uśmiecham pwiedziałam:
-No wiesz.Bo..Ten..no..ja zawsze tak mam.
-No wiem i chyba będę musiala się do tego przyzwyczaić-powiedziała błagalnym głosem.
-Dobra,ale mam prośbe.
-Nie nigdzie do żadnego baru nie pójdziesz?
-A czy coś takiego powiedziałam?
-No nie..
-..no własnie.A więc mogę wybrać sie do Ezia?
-A czy on nic teraz nie robi?
-Chcę to właśnie sprawdzić..
-Dobrze,idź-powiedziała z uśmiechem na twarzy i oddaliła się w głąb domu.Po wypiciu pewnej ilości wody wyszłam

sobota, 15 stycznia 2011

Rozdział 4

Gdy dogoniłam chłopaka, on popatrzył na mnie zimnym wzrokiem i prychnął.
- Assassyn. Nie myślałam, że kiedykolwiek was spotkam – spojrzałam z odrazą na jego prawie niewidoczną twarz, która częściowo zasłaniał szary kaptur.
- To ja mam z tobą współpracować? Che, że Vincent musiał wybierać takiego karła jak ty. – prychnął zirytowany.
- Vincent? O jakiej współpracy mówisz? I nie jestem karłem...
- Nie mówił ci? – popatrzył na mnie z wielkim zdziwieniem.
- O tym, że jestem karłem? Nie.
- A to sukinsyn. – i pognał przed siebie, a ja za nim. Chłopak nieźle mnie wkurzył, sam był widocznie niezadowolony z tego, że biegnę za nim, ale nie miałam wyboru. Przecież to JA miałam zabić kucharza a nie ten skurwysyn, który przed chwilą wyzywał mnie od karłów. Biegnąc za nim po dachu, w końcu dotarliśmy do balkonu, który prowadził do kwater prywatnych kucharza. Tam drzwi otwarte, w środku paliło się światło. Po chwili zauważyłam, że obok zwłok i kałuży krwi kucharza stoi chłopak, o podobnym ubiorze do długowłosego bruneta. Tak, więc co mam zrobić? Assassyni spojrzeli na mnie, i ten, który nosił ślady krwi na swojej broni zapytał:
- Więc to ty jesteś Noemi, sam Cień Vincenta? Sądząc po twojej twarzy nie powiedział ci, że miałaś nam pomóc w dotarciu do tego pomieszczenia.
- Nie powiedział, nie miałam o tym pojęcia. – odparłam, odwracając się do nich plecami i dodając szybko:
- Żegnam. Misja wykonana, jak sądzę. Nic mnie już tu nie trzyma.
- Zaczekaj. – odwróciłam się do niego.
- Odegrałaś znaczną rolę w tej misji. Spędź z nami trochę czasu, świętując z powodu udanej jednej z trudniejszych misji. Jestem Ezio, Ezio  Auditore da Firenze. Tamten to Kanda, ale mów na niego Yuu-
- Zamknij się sukinsynie! Nie nazywaj mnie po imieniu, albo poderżnę ci gardło! – burknął długowłosy grożąc dla Ezia.
- Dobrze. To już wiesz. A więc, zgadzasz się? – kiwnęłam głową i podążałam za nim, idąc ciemnymi zaułkami.
W pomieszczeniu grał bard, dookoła wszyscy tańczyli albo rozmawiali. Ezio podał mi coś ciemnego, wyglądające jak sok. Wzięłam łyk i...
 Pamiętam tylko, że obudziłam się z pękającą głową, w nieznanym pomieszczeniu. Przy mnie siedział wysoki brunet – Kanda, którego poznałam wczoraj.
- Co się dzieje? – jęknęłam.
- Ha, obudziłaś się.
- Wiem.
- To trochę dziwne, że po jednym łyku alkoholu byłaś już-
- W żadnym wypadku nie mogę pić alkoholu. Po nawet najmniejszej dawce jestem kompletnie pijana.
- Zauważyłem. Więc dlaczego piłaś?
- Bo myślałam, że to sok.

___

Wracając zrezygnowana do swojej starej, rozwalającej się chatki i przypominając sobie zabawne komentarze i pocieszenia Ezia zauważyłam coś niesamowitego. Na sianie leżała Fiora. Spała bardzo mocno. Z chytrym uśmieszkiem związałam jej ręce i nogi*. A gdy zauważyłam Vincenta w oddali, szybko do niego pobiegłam.

* Dosłownie, lepiej by było: Zauważyłam nagle Fiorę, leżącą pół nagą na sianie z samymi pończochami i rogalem w mordzie. Związałam jej biust i se poszłam.

środa, 12 stycznia 2011

Rozdział 3

Był wczesny ranek,gdzieś około godziny 6.40.Nie mogąc dłużej spać wstałam i pościeliłam łózko.Poszłam wziąść chłodny prysznic i ubrałam się.Zeszłam na dół.Dziwne,że inni  jeszcze spali.Wzruszłam ramionami i poszłam do kuchni.Zrobiłam sobie śniadanie,które składało się z kromki chleba i winogron.Gdy miałam wychodzić na zewnątrz,ktoś złapał mnie za rękę.
-Gdzie sie wybierasz?-był to głos Paoli.Nie da się go nie rozpoznać.
-Ja..ee..nie wiem.Nie chce mi się spać to gdzieś idę, nie?
-No cóż, dobrze, ale wróć wcześnie, dobrze?
-Bene*, wrócę wcześnie, nie martw się.
-O ciebie NIE da się nie martwić.-gdy powiedziała te słowa ja już zamykałam drzwi.Przespacerowałam się trochę.Uznałam, że zrobię sobie małą wycieczke po Rzymie.
Ulice coraz bardziej zapełniały się tłumami osób, które udawały się na okoliczne targi by coś sprzedać czy kupić.Ja udałam się do koloseum.Moje zręczne łapki, łapały się kamieni z których zbudowana była budowla.Lubie sie tak wspinać.To odpręża i nadaje adrenaliny.Gdy już się wspięłam, przykucnęłam i patrzyłam na ludzi.Miotałam moim spojrzeniem na wszystkie strony świata, aż w końcu zobaczyłam coś co przykuło moja uwagę.Zobaczyłam że ze strony gór nadjeżdżają dwaj mężczyźni którzy jadą na koniach.Przyglądnęłam się im bardziej dokładnie i juz nie miałam wątpliwości,że to templariusze.Wiedziałam, że coś knują więc  szybko zeszkoczyłam z koloseum,wpadając w miękki stog siana.Byłam trochę oszołomiona i przez chwile chodziłam jak naćpana ale chwilę potem odzyskałąm równowagę i wskoczyłam na konia by udać się do siedziby Ezia.Znajdowała się ona stosunkowo niedaleko więc jazda zajęła mi może z 15 minut.
-Ezio!-krzyknęłam gdy byłam w środku.Rozglądałam się wszędzie.Ezia nie było?
-Coś się stało..O, Fiora.-zaczął isć w moim kierunku ja natomiast byłam szybsza i do niego podbiegłam.
-Gdy byłam na koloseum widziałam jak ze strony wzgórz nadjeżdżają templariusze...
-Mieli tu dotrzeć dopiero jutro..
-..ale że co jutro?!
-Nic,nic..
-Gadaj.
-Przyjeżdża doradca papieża,nasz wróg jak wiesz.Mam go zabić...no, ale..mieli przyjechać jutro.No nic będę musiał ich śledzić.Wybacz ale muszę wyjść, dobrze by było żebyś i ty stąd wyszła.
-Dobrze,ale widze,że i tak nic więcej nie powiesz.
-No nie.-po tych słowach złapał mnie za rękę i zaczął biec.Wyszliśmy tylnym wyjściem.Tutaj Ezio pocałował mnie na pożegnanie i pobiegł.Ja przypomniałam sobie, że moja ''przyjaciółka od serca'', Noemi ma zabić dzisiaj kucharza.Dowiedziałam się o tym od jednego z najemców.Tak cz siak postanowiłam,że jej w tym przeszkodzę.Wsiadłam na konia który stał obok i pojechałam do miejsca w którym miało odbyć się zlecenie.Dziwne,że jeszcze jej nie było.Była godzina może 14.30.Usiadłam na ławce,która była przy budynku obok.Siedziałam,siedziałam i zasnęłam.Obudził mnie głośny śmiech jakiegoś mężczyzny.Popatrzyłam w górę oczywiście był to głos Vincenta obok niego szła Noemi.
-Tylko pamiętaj,żebyś wypiła to..-mówiąc to cichym głosem wyjął z sakiewki buteleczkę czegoś bliżej mi nieznanego.
-Łee, nie dobre..!
-Ale sama wiesz jaka jest stawka.-po tych słowach odszedł.
Gdy Noemi miała juz otwierać drzwi do pomieszczenia w którym znajdował się kucharz,ja powiedziałam pod nosem:
-No to jaka jest stawka?-powiedziałam uśmiechając się do niej.
-Ty...!Co ty tu robisz?!
-Siedze nie widać?-po tych słowach wstałam-wiem, że chcesz go otruć, myślałaś że się o tym nie dowiem?Ha.
- Widocznie środki komunikacyjne ostatnio się rozpowszechniły. Tch, zjeżdżaj smarkulo, chyba, że chcesz się bić?
-No pewnie, ale czy ja wiem, może ktoś zabije kucharza przed tobą?-skierowałam swój wzrok na chłopaka który biegł po dachu,był to Kanda.
- Cholera jasna! - śnieżno-włosa krzyknęła, a długowłosy spojrzał na nią nieco zdezorientowany. Po chwili straciłam ją z oczu, gdyż wspięła się na dach i zaczęła bić się z chłopakiem.Mnie to nie interesowało więc sobie poszłam.Była godzina 16.Szybko ten czas zleciał.Czułam,że mam w sobie masę energii i muszę ją gdzieś spożytkować.Postanowiłam pójść do miejscowej karczmy żeby się zabawić.Pamiętam że wypiłam 5 szklanek wina...

bene*-dobrze

sobota, 8 stycznia 2011

Rozdział 2

Wracałam wściekła do starej chatki, która sprawowała za moje przytulne mieszkanko, ignorując jednocześnie dziwne spojrzenia otaczających mnie ludzi. Naprawdę, każde spotkanie z tą kobietą doprowadzało mnie do szału, przy niej zawsze byłam niespokojna i czasami się zdarza, że nie umiem zapanować na emocjami.
W końcu, gdy znalazłam się we wnętrzu drewnianej chaty, nieco otoczonej uszkodzonym i niestabilnym murem, upadłam jak nieżywa na rozpadające się łóżko. Oczywiście pomijając to, że przeklęłam pod nosem z powodu odpadnięcia jakiejś drewnianej ozdoby z ramy łóżka. Po chwili przestałam się cieszyć ulubionym uczuciem osamotnienia, gdy obok leżącej ja stanęła znajoma mi osoba.
- Doprawdy, Vincent... Chociaż... Hm... Mógłbyś w końcu zdradzić mi swoje prawdziwe imię. Co cię sprowadza w moje skromne progi? – zapytałam ukrywając złośliwy uśmieszek.
- To co zawsze, mój Cieniu. Naprawdę myślisz, że sprzedam tą informację za darmo? Jedna noc, ty i ja w łóżku i pytaj o co chcesz...
- Tch, naprawdę, jeżeli myślisz że zniżę się do tego stopnia, jak te dziwki z którymi mieszkasz to się mylisz. Ale przejdź to rzeczy, bo wątpię byś przyszedł tutaj aby podtrzymać mnie na duchu i pocieszyć mnie swoim towarzystwem...
- Dobrze. Mam nowe zlecenie. A zleceniodawca dużo płaci, w tym,  przeniosłabyś się do jakiejś porządnej, nowej chałupy... Bo sama widzisz, jak ta się już rozpada – uderzył w drewnianą ścianę robiąc mi w niej niezłą dziurę.
- A więc? Coś jeszcze? Bo naprawdę, wolałabym zostawić to miejsce w porządnym stanie, aby chociażby żebracy mieli się gdzie schronić...
- Noemi, masz takie miękkie serce. – zachichotał – Czyli, mam rozumieć, że się zgadzasz? A więc, słuchaj uważnie. Ułożyliśmy wspólnymi siłami cały plan wydarzeń. Ale najpierw, pamiętasz tego kucharza co oskarżano o morderstwo żebraków? Ponoć starał się być miły, ale... No dobrze, przejdę do rzeczy, bo znając twoje ukochane oczka już w głębi planujesz cały zamach na mnie, wraz ze szczegółami. Masz go zabić. Ale to nie zwykłe morderstwo, wymaga o wiele więcej czasu i umiejętności niż te pozostałe, z którymi miałaś do tej pory do czynienia. Masz go otruć, jego własną trucizną. Rozumiesz?...
Po odczekaniu do wieczora, przypominałam sobie całą serię wydarzeń, którą mam wykonać. „Vincent” opowiedział mi o całym planie. Położyłam się spać. To będzie trudny dzień.
„Pamiętaj. Wypij zawartość tej buteleczki przed wejściem do sklepu kucharza, inaczej nie gwarantuję, aby twoje ciało wytrzymało groźne toksyny wywołane przez jego truciznę. Doskonale zdaję sobie sprawę, że różnisz się od innych ludzi, ale to nie świadczy o tym, że nie ujdziesz w tym przypadku bez żadnego draśnięcia.`
Śniąc o najważniejszych słowach Vincenta, niedługo przed południem skierowałam się do znajomego mi budynku, od razu pozdrawiając jakiegoś żebraka, który zapowiadał nadchodzący koniec świata; apokalipsę.

Rozdział 1

Był to słoneczny i gorący dzień jak to zwykle w Rzymie. Był rok Anno Domini 1500.Leniwie wstając z łóżka ubrałam się i zeszłam na dół. Przywitałam się ze wszystkimi dziewczynami, które już wstały, lecz i tak połowa z nas jeszcze spała.
-Dzień dobry, Fiora...-powiedziała Paola.
-Buon`giorno, coś się stało? -zapytałam.
-Tak, jedna z dziewczyn się zatruła jedzeniem, czy mogłabyś się udać do medyka?
-Tak, oczywiście. Jakoś nic dzisiaj specjalnego nie robię.
Po zjedzeniu skromnego śniadania udałam się do doktora. Przechadzałam się po właściwie całym mieście. Oglądałam róże naszyjniki, bransoletki, kolczyki czy też perfumy. Wszyscy mi mówią, że Bóg obdarował mnie urodą, więc jak to już przystało wszyscy mężczyźni, czy też mali chłopcy oglądali się za mną pogwizdując pod nosem i mówiąc coś do swoich kolegów, wspólników. Po drodze nie spotkałam nikogo z moich znajomych czy też wrogów. Kiedy byłam już przy budynku, w którym znajdował się doktor, zobaczyłam zbiorowisko ludzi. Podeszłam ostrożnie żeby zobaczyć co się stało. Okazało się że dwóch młodych ludzi pobiło się o dziewczynę, tylko że jeden od drugiego dostał tak z sierpowego, że aż zemdlał. Zabrali go do tego doktora, do którego ja właśnie szłam. Nie chcąc przeszkadzać w opatrywaniu chłopaka, postanowiłam udać się do najbliższego ogrodu. Był to jeden z najpiękniejszych rzymskich ogrodów w całym mieście. Zazwyczaj był on miejscem wyznawania miłości, czy też potajemnych ślubów, które odbywały się w nocy. Ja usiadłam pod drzewem patrząc w niebo. Nagle ujrzałam coś dziwnego. Na dachu jednego z budynków stali dwaj chłopcy w wieku gdzieś około 11 lat. Nie tracąc czasu wstałam i wspięłam się na dach. Byli to moi młodsi przyjaciele, którzy kłócili się o to że jeden z nich  nie oddał drugiemu pieniędzy. Stali przy krawędzi dachu, gdzie od niej na dół było dobre 5 metrów. Żeby tego było mało jeden z nich popchnął  drugiego tak, że on się zachwiał. Nie czekając podbiegłam do niego i złapałam go za rękę.
-Dzięki...-odpowiedział z grymasem na twarzy.
-Ta dobra, to teraz powiedzcie co wam przyszło do głowy, aby wspinać się na dach 5 metrowego budynku?! Nie mogliście na przykład.. nie wiem...Pójść nad rzekę? Wtedy gdybyś ty, Albertio popchnął Giovanniego nic by mu się nie stało.
-No ale..
-..nie ma ''ale'' debile. Wracajcie do domu.
Po tych słowach z opuszczonymi głowami zeszli na dół po drabinie. Ja widząc, że od medyka wychodzi chłopak, który zemdlał też zeszłam na dół i zapukałam do drzwi, po czym je otworzyłam. W powietrzu unosił się zapach różnych ziół ,na półkach znajdowały się różne białe proszki, które zapewne był na bóle głowy.
-Dzień dobry.-powiedziałam.
-Dzień dobry.. O! Fiora! -z jakiegoś małego pokoiku wyszedł medyk-Jak ja cię dawno nie widziałem! Coś ci się stało? Gdzie się tym razem pobiłaś?
-Tym razem mi nic nie dolega tylko mojej przyjaciółce i Paola kazała mi przyjść do ciebie, abyś sprzedał mi coś na ból brzucha, czy tam zatrucie pokarmowe.
-A! Oczywiście! Zaraz coś znajdę...-Podszedł do jakiegoś stolika i otworzył szufladę -Hmm.. to nie, może.. Hm też nie...O mam! Proszę należy się 15 florenów.
-Proszę bardzo i dziękuję bardzo.
-Pozdrów Paole!
-Jeśli nie zapomnę to pozdrowię. -powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Włożyłam fiolkę z fioletowym płynem do sakiewki i zaczęłam powoli iść. Bardzo lubię tego rodzaju spacery, są takie odświeżające.. Hym.. odświeżające to może nie, ale takie uspokajające .Gdy przechodziłam jedną z uliczek spotkałam ją...Noemi Leoncavallo. Nasze rody żyją w nieporozumieniu od dobrych 150 lat.
-O! Dlaczego mnie nie dziwi, że cię tu spotkałam?
-Może dlatego że nie zadaję się z takimi debilami? -powiedziałam.
Przeszłyśmy koło siebie patrząc sobie złowrogo w oczy.
-Już wróciłam! -powiedziałam do Paoli.
-To dobrze, masz lekarstwo?
-Tak oczywiście -wyjęłam fiolkę z sakiewki -doktor kazał cię pozdrowić.
-Miło, ja też go pozdrawiam.